(Nie tylko) Polski problem z demografią jest już dzisiaj oczywisty i wielu szuka narzędzi, którymi można by wspierać i zachęcać ludzi do zakładania rodzin i rodzenia dzieci. Wśród nich są też propozycje, moim zdaniem, niemające szansy powodzenia, na czele z tymi, które zachęt do wychowania dzieci szukają w systemie emerytalnym.

Odwoływanie się do emerytur to szerszy problem polityki publicznej. Zbyt często pierwszym pomysłem na dogodzenie jakiejś grupie społecznej jest sięgnięcie po przywileje emerytalne. Pomostówki, świadczenia kompensacyjne, emerytury mundurowe, trzynastki, czternastki, niższy wiek emerytalny kobiet itd. Trzeba powiedzieć sobie wprost – system emerytalny stał się śmietnikiem na benefity.
Politycy korzystają na tym, bo tu i teraz kosztuje to względnie niewiele, tworząc duże zobowiązania na przyszłość. Któż by się tym przejmował, gdy coraz większa część elektoratu jest już na albo zbliża się do emerytury. Gorzej, że gdy propozycje te dotyczą obniżania wieku emerytalnego, oznacza to spadek liczby pracujących i pogłębianie problemów demograficznych. Nawet wtedy, gdy właśnie demografię mają te pomysły poprawiać.

Tak właśnie widzę postulaty, by zachęcać potencjalnych rodziców o decyzji o dziecku wprowadzając benefity emerytalne dla osób, które wychowały dziecko – bądź to formie dodatku pieniężnego emerytury (np. jako część podatku odprowadzanego przez dzieci danej osoby), bądź w formie wcześniejszego wieku emerytalnego (zwykle proponuje się kilka do kilkunastu miesięcy za każde dziecko).
„Bonusy” do wieku emerytalnego za liczbę dzieci przede wszystkim nie będą miały żadnego pozytywnego wpływu na dzietność. Nie potrafię wyobrazić sobie osoby w wieku rozrodczym (chyba że na zupełnym jego skraju), która brałaby pod uwagę kilka miesięcy wcześniejszą emeryturę za 30-40 lat, jako czynnik zachęcający do rodzicielstwa. To byłoby świadczenie niespełniające żadnego celu, gdyż zamiast pomagać (potencjalnym) rodzicom w decyzji o dziecku, to po prostu zachęca kobiety, zwykle zdolne jeszcze do pracy – przypominam o niższym wieku em. kobiet – by z tej pracy rezygnowały. Bardzo zły pomysł w obliczu właśnie kryzysu demograficznego i spadającej liczby pracujących.

Podobnie w przypadku dodatkowych pieniędzy na emeryturze w zależności od dochodów dzieci. Oczywiście, możemy znaleźć uzasadnienie dla wynagradzania rodziców za wychowanie dzieci, ale jeśli chcemy robić to poprzez wyliczanie ile złotych miesięcznie po odchowaniu dzieci należy się człowiekowi za tę „pracę” – będzie to zadanie karkołomne. Państwo powinno pomagać w wychowaniu dzieci, a nie po czasie oferować jakieś drobne dodatki, które wyglądają dużo bardziej na rozwiązanie problemu starzejącego się elektoratu niż spadającej dzietności.

Spotykany również argument, że dodatkowe 2% PIT-u dziecka motywuje rodzica do większych starań, by dać mu dobre wychowanie i wykształcenie wydaje mi się zupełnie chybionym ekonomizmem – traktowaniem rodzicielstwa ko doskonale skalkulowanej operacji inwestycyjnej półwiecznym horyzontem zwrotu. W dodatku, to element, który utrudnia redystrybucyjną funkcję podatków. Wiadomo, że w skali społeczeństwa więcej zarabiający rodzice mają więcej zarabiające dzieci. Tym samym dodatkowa część podatków bogatszych podatników szłaby na świadczenia dla bogatszej części społeczeństwa.

Zamiast więc odsuwać w czasie o kilkadziesiąt lat korzyści z posiadania dzieci, trzeba raczej proponować rodzicom rozwiązania ułatwiające decyzję i samo wychowanie dzieci. Potrzebujemy „enablerów” a nie prezentów „za zasługi”. Dlatego proponowałem ostatnio znacznie bardziej hojne rozwiązanie dla rodziców wielodzietnych, ale takie, które faktycznie:
1) może wpływać na decyzję o posiadaniu trzeciego, czwartego i kolejnych dzieci;
2) pomaga wychować dzieci, a nie tylko obiecuje drobny bonus, jeśli dziecko będzie dobrze zarabiać.

Chodzi o zaproponowany przez Centrum Myśli Gospodarczej w publikacji Gospodarka po katolicku „etat rodzica”, czyli ponadproporcjonalny wzrost świadczenia 800+ na trzecie i czwarte dziecko poniżej 15 roku życia, połączone z naliczaniem składek emerytalnych dla jednego rodzica. Słowem, wynagrodzenie i emerytura, pozwalające zrezygnować jednemu rodzicowi z pracy zarobkowej i skupić się na opiece nad dziećmi. Przykładowo, łączne świadczenia dla rodziców mogłyby wynosić:
• 800 zł przy jednym dziecku;
• 1600 zł przy dwójce dzieci;
• 2800 zł przy trójce dzieci;
• 4200 zł przy czwórce dzieci + 800 zł za każde kolejne dziecko.

Naliczanie składek emerytalnych za przepracowany w domu okres to też w praktyce świadczenie, które daje korzyści na emeryturze, ale z punktu widzenia podejmowania decyzji o dziecku przedstawia zupełnie inne możliwości – nie jest „kilkuprocentowo wyższą emeryturą za 30 lat” tylko „możliwością skupienia się na rodzinie, bez ryzyka niewypracowania sobie (rozsądnej) emerytury”. Z punktu widzenia systemu emerytalnego osoba taka byłaby więc etatowym rodzicem.

I co kluczowe, daje rodzicom czas wolny od pracy nie wtedy, gdy dzieci są już odchowane, ale właśnie w latach, gdy potrzebują opieki i obecności. Pozytywne aspekty tego odczujemy nie tylko w liczbie rodzących się dzieci w dużych rodzinach, ale też w zdrowiu psychicznym ich i ich rodziców. Polityka publiczna, tam gdzie nie chodzi o walkę z ubóstwem, musi być projektowana w kategoriach wspierania i umożliwiania wykonywania szczególnie istotnych dla społeczeństwa zadań, a nie w kategoriach symbolicznych nagród za dawno osiągnięte zasługi.